Zaloguj się
Niewidoczni - relacja z drugiej linni

Maraton MTB, to wydarzenie sportowe, w którym przede wszystkim skupiamy się na sobie i grupce najlepszych, tych odbierających zwycięskie laury. Jednak w tym dniu wiele osób jest zaangażowanych w to, by wyścig mógł się w ogóle odbyć. Przeczytajcie zatem relację Moniki Probosz, która z literackim zacięciem opisała maraton w Puławach z perspektywy życiodajnego bufetu, który to każdy z Was z utęsknieniem wypatrywał podczas upalnego dnia na zawodach w Puławach.

10 km do mety.

Najmłodszy zawodnik – 5 letni Krzyś, wjeżdżał na metę wśród gorącego dopingu. Na ostatniej prostej rozglądał się dookoła bardzo zdziwiony, skąd ci wszyscy ludzie znają jego imię.

Wsiadam na pick-upa. Przystanek pierwszy przy wjeździe w miasto. Ubrana w żółtą kamizelkę z napisem Zamana Group staję przy szosie w oczekiwaniu na peleton. Za mną jakieś zamieszanie. Oklaski, medale, We are the champions. Podchodzę bliżej. To grupa wędkarzy właśnie kończy zawody w łowieniu na spinning. Pierwsze miejsce zapewnił 57 centymetrowy szczupak. U nich już po zawodach, zaczynali bladym świtem o 4 rano. Teraz muszą chwilę poczekać – żeby mogli ruszyć do domów, trzeba przepuścić peleton. Podjeżdża Cezary – wskakuję do samochodu. Jedziemy na drugi bufet. Z szosy dowozi nas do niego quad. Jesteśmy w Starej Wsi, konkretnie przy drodze, pod drzewem. Z przodu kilka domów, z tyłu pola. Rozdaję izotoniki razem z Sebą. Dostaję krótki instruktaż: „Stawiasz kubeczek na dłoni i krzyczysz: Izo, izo! Jak zawodnik chce to weźmie od ciebie. A! I uważaj, bo trochę może cię pomoczyć!”

Miejsce jest dobre, bo widzę drogę poniżej i mogę się przygotować, kiedy zawodnicy nadjeżdżają. Najpierw jestem trochę niepewna, ale szybko nabieram wprawy. Podajemy zawsze z prawej strony – leworęcznym zawodnikom będzie trudniej sięgnąć po kubeczek. Nadjeżdża pierwsza grupka: „Izo, izo!” krzyczy Seba. „Może izotonik?” próbuję swoją wersję. Działa. Wielu zawodników podnosi wzrok znad kierownicy, niektórzy nawet lekko się uśmiechają. Słyszę pierwsze „Dziękuję”. To miłe, że chce im się dziękować, bo są naprawdę zmęczeni– jest bardzo gorąco, a trasę Cezary i jego grupa wytyczyli niełatwą. Choć to dopiero dystans fit. „Ile do mety?” pyta któraś z zawodniczek. „10 km” odpowiadam. Dla nich to jeszcze niewiele mniej niż połowa trasy. Widzę wyraz lekkiego rozczarowania na twarzy zawodniczki. Kurczę! Muszę to mówić w jakiś inny sposób, żeby dodać im otuchy. Nadjeżdża jakiś kilkunastolatek – widać, że jazda kosztuje go dużo wysiłku. „Już tylko dyszka” mówię. Lepiej.

Na następnym stanowisku, kilkanaście metrów dalej, Michasia z Wojtkiem podają butelki wody. Przyłączył się do nich chłopiec z domu przy drodze – pracuje z Michasią póki nie musi iść na obiad. Na ostatnim stanowisku bufetu nr 2 Sylwia daje żele.

Chwila przerwy. Fit już przejechał, ½ Pro i Pro jeszcze nie dojechały. Chwila na rozmowę z gospodarzami jednego z dwóch domów, przed którymi stoimy. Pytam, czy nie przeszkadza im to, że trasa wyścigu prowadzi tuż przed ich drzwiami. Dostaję piękną odpowiedź: ”Proszę pani, gdyby każdemu przeszkadzało, jak się coś dzieje, to nic byśmy nie mogli zrobić.” I do tej odpowiedzi dodaje jeszcze batonika dla Michasi. Jakby samo podejście nie było wystarczająco „słodkie”. Orientuję się, że gospodarze zmienili swoje plany – mieli dziś sadzić ziemniaki, ale woleli nie przeszkadzać wyścigowi i chcieli się poprzyglądać. Tym bardziej, że przyszła ich odwiedzić znajoma dziewczyna, która niedawno zaręczyła się z uczestnikiem cyklu wyścigów Mazovii. I teraz wszyscy razem wypatrują go wśród przejeżdżających.

Pora wracać na bufet. Nadjeżdżają kolejne dystanse. Dla nich to też 10 km do mety, ale mają już za sobą 33 (1/2 Pro) lub 59 (Pro) przejechanych. Swoją drogą – jaka to dziwna matematyka, że 43 to ½ 69… Nieważne. Widzę, że zawodnicy są bardzo zmęczeni i że liczą swój czas – niektórzy nawet nie zwalniają, nie podnoszą głowy znad kierownicy, myślę, że słabo zarejestrowali bufet. Z góry wiedzieli, że nie będą z niego korzystać. Z upływem czasu coraz więcej zawodników ma ochotę „pogadać”. „Ile jeszcze? Macie wodę? Mogę nalać do bidonu? A schabowych nie macie? Czy to kontrola antydopingowa?” Jest bardzo sympatycznie. Choć równocześnie słyszę, że trasa była bardzo wymagająca. Ale mówią to w taki sposób, że trudno jest oddzielić zmęczenie od satysfakcji.

Całe zamieszanie zwabia na drogę gospodarza drugiego domu. Klasyka: starszy pan w czapeczce z daszkiem, koszuli w kratę i roboczych spodniach. Zagaduję go, pytam o wyścig. „Pani, kiedyś to tu były wyścigi! Tą samą drogą, tu przed domem. Ale to motory jeździły. WSK i Java. Chociaż Java nie dawała rady, za niskie zawieszenie…” Obok wśród kibicującej grupki okrzyki – przejechał narzeczony.

Nadjeżdżają kolejni zawodnicy – żadna grupka nie liczy więcej niż 5-6 osób. Nabrałam wprawy, kątem oka widzę, że i Michasia radzi sobie coraz lepiej. Chyba tracę na chwilę koncentrację, bo jeden kubeczek izotoniku nagle ląduje na mojej twarzy. Jak to się stało? Nie mam pojęcia. Przecieram twarz, biorę się w garść i znów wychodzę w stronę środka drogi: „Może izotonik dla pana?”.

Przyjeżdża Cezary. Zgarnia Michasię i mnie z powrotem do Puław. Jak dojeżdżamy do mariny słyszę, że właśnie dekorowany jest najstarszy uczestnik. Najmłodszy, najstarszy, Fit, Pro, Hobby, ale też „panie bufetowe” i mnóstwo ludzi z obsługi – nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wszyscy mieliśmy dziś naprawdę pełny przeżyć dzień.

- Monika Probosz -

2018-05-03 POWRÓT

 

Po maratonie w Józefowie
22.09.2018 - Józefów
Co spotkacie na trasie w Józefowie?
Odważ się na Bicycle Speedway Race w Toruniu
Kto z czołowej 10?
W Józefowie maraton co się zowie!
O cookies
Cyklopedia/3w4u.eu
Czy możemy Ci
w czymś pomóc???
Napisz do nas